bańki informacyjne

Bańki informacyjne, alternatywny Internet i próby definicji wolności słowa

Bańki informacyjne, alternatywny Internet i próby definicji wolności słowa

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Jeszcze do niedawna zgadzaliśmy się w sprawie opisu świata realnego. Rozwój internetu zdaje się jednak zaburzać jednolitą narrację o rzeczywistości. Algorytmy, dobierające informacje, które czytamy i oglądamy, wzmacniają nasze przekonania i raz za razem zaskakują coraz dziwniejszymi teoriami spiskowymi. Ich fani gotowi są toczyć długie batalie internetowe, na przykład o fałszywości koronawirusa. Internet na początku swojego istnienia miał być polem do wymiany zdań, gdzie każdy może być wysłuchany. Nie wiedzieliśmy jednak, że 30 lat później stanie się narzędziem do gromadzenia ludzi „w bańce” wokół idei płaskiej ziemi.

Dołącz do subskrybentów newslettera Sektor 3.0!

Mianem bańki informacyjnej lub filtrującej określa się zjawisko 

dopasowywania dla odbiorcy treści, ukazywanych w Internecie oraz dopasowywania ich do profilu konkretnego użytkownika. Innymi słowy oznacza to, że docierają do nas tylko takie informacje, które odpowiednie algorytmy sieci społecznościowych, takich jak Facebook, Twitter i YouTube określiły jako najmocniej oddziałujące na nas. 

Czasem to będą treści, które są zgodne z naszym poglądem, czasem będzie to coś, co silnie nas rozdrażnia, dzięki czemu tracimy czas na przerzucanie się komentarzami pod taką informacją. Działanie algorytmów i programów, wpisujących się w zjawisko bańki informacyjnej sprawia, że zamiast aktywnie wyszukiwać informacje i pogłębiać naszą wiedzę, pasywnie konsumujemy treści, które są nam podsuwane przez algorytm, skonstruowany nie tylko przez programistów, ale również przez sztab behawiorystów. 

Pierwszym krokiem do tego, aby nie poddać się takiemu profilowaniu zbyt łatwo, jest zastosowanie odpowiedniej diety informacyjnej, czyli świadomy dobór różnorodnych źródeł. Jak to robić radziła podczas Festiwalu Sektora 3.0 Aleksandra Karasińska z Forbes Women.

Warto mieć świadomość, że za sprawą bańki informacyjnej widzimy tylko niewielką, szytą na swoją miarę, część informacji. W efekcie pomimo możliwości korzystania z praktycznie nieograniczonych źródeł i zasobów, wiedzę o świecie czerpiemy przede wszystkim z miejsc, które podsuwają nam wizję najbardziej nam odpowiadającą. 

Warto w tym kontekście wspomnieć o zjawisku zwanym błędem konfirmacji, polegającym na podświadomym przedkładaniu informacji spełniających nasze oczekiwania nad te niewygodne i sprzeczne z naszą wizją. Można zatem powiedzieć, że otaczanie się bańką jest zgodne z naszą naturą, jednak bez wątpienia jest to jej ciemna strona, którą homo sapiens w erze względnego oświecenie powinien rozpoznać i odrzucić.

O tym, jak działają algorytmy przesiewające treści, opowiadał bohater głośnego netflixowego dokumentu „The Social Dilemma” w podcaście Joe Rogana. Posłuchajcie, jak głęboko manipulują one sposobem postrzegania przez nas świata, a także jak wpływa to na nasz stan emocjonalny.

Dziś algorytmy sortujące i profilujące treści obecne są praktycznie w każdej aplikacji, którą można określić mianem społecznościowej. Ilustracji tego, jak wiele aspektów naszego życia podlega algorytmizacji, niech posłuży niedawna informacja o popularnym serwisie muzycznym. Jak poinformowało znane muzyczne wydawnictwo Pitchfork, Spotify uzyskał patent na technologię, która ma na celu wykorzystanie nagrań mowy użytkowników i odgłosów w tle, do określenia, jakiego rodzaju muzykę podsunąć użytkownikowi. Tak, mamy dać się podsłuchiwać aplikacji do streamowania muzyki, w imię serwowania nam jak najbardziej trafnych podpowiedzi muzycznych.

W praktyce może wyglądać to tak, że aplikacja będzie dopytywała: „Jak się czujesz? Na co masz dzisiaj ochotę?”, żeby dopasować rodzaj muzyki do naszego aktualnego nastroju. Ciężko wyobrazić mi sobie bardziej kuriozalną sytuację, niż monitorowanie naszego uczucia przez aplikację, której zadaniem jest danie nam możliwości odsłuchania  nowej płyty Braci Golec.

#learntocode, czyli co to jest mowa nienawiści?

Internet na przestrzeni ostatnich 20 lat ewoluował w przestrzeń, którą coraz trudniej zdefiniować w sposób jednolity. Inaczej postrzegają go regulatorzy, inaczej największe firmy technologiczne, jeszcze inną jego wizję mają użytkownicy, a ich sposób postrzegania sieci, również nie jest spójny. Sami nie wiemy, w jaki sposób konstruować strumień informacji, aby był uczciwy, inkluzywny i zgodny z rzeczywistością, a jednocześnie nie ograniczał wolności słowa.

Serwisy społecznościowe ewoluują praktycznie każdego dnia, zmieniając swoje oblicze. Im więcej użytkowników w danym medium, tym większe wyzwania stoją przed właścicielami Facebooka i Twittera. Jeszcze nie tak dawno temu wspomniane serwisy strumieniowały informacje zgodnie z chronologią bez przepuszczania ich przez jakikolwiek filtr. Facebook jako pierwszy zrezygnował z tego modelu, a w jego ślady w 2016 r. poszedł Twitter, rezygnując z chronologicznego newsfeeda. 

Internet na początku pierwszej dekady XXI wieku . był swoistym Dzikim Zachodem, treści usuwane były sporadycznie, pojęcie własności intelektualnej praktycznie nie istniało. Wraz z biegiem czasu zmienił się nie tylko sposób prezentowania informacji, ale również to, co na nich prezentować wolno. Na YouTube’ie pojawiły się roboty usuwające treści naruszające prawa autorskie, możliwość zgłaszania treści nacechowanych przemocą czy wykorzystywaniem. Jednym z najnowszych komponentów serwisów społecznościowych są narzędzia factcheckingowe, zaimplementowane przed wyborami w USA pod koniec roku 2020. 

Internet coraz mniej zaczyna przypominać grecką agorę, gdzie każdy może powiedzieć, co tylko chce, a znacznie bardziej idzie w kierunku moderowanej debaty telewizyjnej, gdzie nie wszystko wypada/można powiedzieć. Zresztą, serwisy społecznościowe znane są z częstych aktualizacji polityki prywatności, z tego powodu, co wolno, a czego nie wolno, coraz ciężej dziś ustalić. 

Ciekawym przykładem sprzed dwóch lat może być zmasowana akcja, w ramach której użytkownicy Twittera wysyłali wiadomości do dziennikarzy z hashtagiem #learntocode. Była to odpowiedź na informacje o zwolnieniach w portalu BuzzFeed i innych należących do grupy Verizon. Niektórzy użytkownicy Twittera uznali, że to dobry moment, żeby dać nauczkę tym, którzy niejednokrotnie w przeszłości pouczali innych np. kierowców ciężarówek czy górników, że najwyższy czas się przebranżowić. Ocena całej akcji jest jedną z najbardziej skomplikowanych do rozstrzygnięcia interpretacji tego, co wolno w ramach wolności słowa.

Dołącz do subskrybentów newslettera Sektor 3.0!

Z jednej strony akcja #learntocode miała charakter zmasowanego nękania poszczególnych dziennikarzy, którzy dostawali setki wiadomości o tej treści (o czym zresztą mówił między innymi CEO Twittera, Jack Dorsey). Z drugiej strony mamy do czynienia z arbitralnie podjętą decyzją przez Twittera, prywatną firmę technologiczną, która postanowiła permanentnie usunąć wielu użytkowników, którzy przyłączyli się do akcji „zachęcającej” do przebranżowienia dziennikarzy. Do dzisiaj casus #learntocode pojawia się w dyskusjach na temat wolności słowa w internecie i na platformach społecznościowych.

Co ciekawe, portale takie jak Facebook z jednej strony wprowadzają narzędzia do factcheckingu w ramach kampanii prezydenckiej, z drugiej nie widzą nic złego w hodowaniu zakmniętych grup społecznościowych, skupionych wokół tematów antyszczepionkowych, medycyny alternatywnej, płaskiej ziemii czy nawet teorii dotyczącej zamkniętego kręgu pedofili, handlującego dziećmi na zapleczach pizzeri, do którego przynależeć mieliby między innymi Bill Clinton czy Barack Obama. 

Alt-right i próba alternatywy

W obecnym krajobrazie socialmediów każdemu wydaje się, że jest pokrzywdzony. Z jednej strony podnoszone są głosy o ograniczaniu wolności słowa przez prywatne korporacje, z drugiej wiele osób wyraża niezadowolenie, mówiąc, że platformy stały się narzędziami propagandy w walce politycznej i propagatorami teorii spiskowych. O ile status quo dla ludzi o umiarkowanych poglądach zdaje się być na chwilę obecną do zaakceptowania, o tyle ruchy związane z tzw. alternatywną prawicą w ciągu ostatnich miesięcy nie wytrzymały.

W konsekwencji szeregu działań podjętych przez Facebooka, Twittera i innych, osoby o poglądach mniej „mainstreamowych”, postanowiły spróbować swoich sił w zdefiniowaniu mediów społecznościowych na nowo. Punktem zapalnym były wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, pod koniec których każdy kolejny tweet Donalda Trumpa identyfikowany był jako niezgodny z prawdą. W ramach sprzeciwu wobec rzekomo sfałszowanych wyborów , o których mówić na Facebooku i Twitterze nie można, rozpoczęła się migracja ludzi związanych głównie z alt-rightem do serwisów Gab i Parler. Co więcej, powstanie własnej platformy społecznościowej zapowiedział również były prezydent USA Donald Trump, postawiony w stan impeachmentu. 

W tym momencie historii dochodzimy do wydarzeń najbardziej aktualnych. Jeszcze  w połowie stycznia Parler był jedną z najszybciej zyskujących na popularności aplikacji w AppStorze i Google Play. Było tak do momentu, gdy Dolina Krzemowa postanowiła zabrać jednomyślnie głos. Apple i Google poinformowały, że zabraniają udostępniania mobilnej aplikacji Parlera w swoich sklepach z aplikacjami, a Amazon Web Services oświadczyło, że przestanie hostować witrynę Parlera, co doprowadziło do zawieszenia funkcjonowania serwisu, dopóki nie znajdzie nowego hostingodawcy. Firmy zwróciły uwagę na ciągłą obecność postów użytkowników podżegających do przemocy. W rezultacie Parler, nawet jeśli przeprowadzi migrację do nowego hostingodawcy, nie będzie mógł wrócić do App Store lub Google Play, chyba że „porzuci swoją tożsamość jako platformy, której interpretacja Pierwszej Poprawki są zbyt frywolne”. 

Co dalej?

Jak będzie wyglądała dalsza droga alternatyw dla Facebooka czy Twittera spod znaku niezadowolonych? Pozostaje nam jedynie czekać na rozwój sytuacji. Być może pewnym wyznacznikiem dla zagranicznych serwisów może być polska alternatywa dla Facebooka, Alblicla, która powstała na fali niezadowolenia z polityki największych portali społecznościowych. Tuż po starcie użytkownicy zaczęli zgłaszać problemy – z powodu dużego zainteresowania, przez dłuższy czas nie dochodziły e-maile aktywacyjne.Przez kilka godzin niezabezpieczona była baza z danymi użytkowników (można było powiązać użytkownika z hasłem), a finalnie okazało się, że regulamin Albicla.com jest kopią tego z Facebooka. Na portalu również przeszła pierwsza fala kasowania kont użytkowników, którzy nie spełniali arbitralnych wymagań zarządzających serwisem. Tak więc zarówno mali, jak i wielcy gracze na rynku społecznościowym źle znoszą krytykę i preferują centralne sterowanie.

Przeczytaj także:

UDOSTĘPNIJ
Facebook
Twitter
LinkedIn
Email
Druk
AUTOR WPISU
TAGI
NEWSLETTER
NEWSLETTER
NEWSLETTER