Ułatwienia dostępu

  • Cyfrowa wstrzemięźliwość: korzystaj mniej, oczekuj więcej.

Cyfrowa wstrzemięźliwość: korzystaj mniej, oczekuj więcej.

  ∕  5 min czytania
cyfrowa wstrzemięźliwość
Czy wystarczy korzystać mniej, aby naprawić Internet i zmniejszyć środowiskowe koszty technologii? Niestety, nie. Ograniczanie własnego korzystania z technologii nie wpłynie w znaczący sposób na środowiskowe koszty, bo o ich skali decydują firmy i regulacje, a nie pojedyncze osoby. Cyfrowa wstrzemięźliwość ma jednak duże znaczenie: może służyć naszemu dobrostanowi oraz zmieniać utarte przyzwyczajenia i normy, od których zależą późniejsze zmiany prawa. Bojkot jest często skuteczniejszy jako mechanizm zmiany norm niż jako bezpośredni mechanizm ekonomicznego wpływu na firmy.

Czy wystarczy korzystać mniej, aby naprawić Internet i zmniejszyć środowiskowe koszty technologii? Niestety, nie. Ograniczanie własnego korzystania z technologii nie wpłynie w znaczący sposób na środowiskowe koszty, bo o ich skali decydują firmy i regulacje, a nie pojedyncze osoby. Cyfrowa wstrzemięźliwość ma jednak duże znaczenie: może służyć naszemu dobrostanowi oraz zmieniać utarte przyzwyczajenia i normy, od których zależą późniejsze zmiany prawa. Bojkot jest często skuteczniejszy jako mechanizm zmiany norm niż jako bezpośredni mechanizm ekonomicznego wpływu na firmy. 

Oprogramowanie pożera świat

Tak brzmiała w 2011 roku słynna prognoza kontrowersyjnego (wspiera dziś nie tylko technologię, ale również polityków i radykalne projekty społeczne) inwestora Marca Andreessena. Firmy technologiczne i ich produkty w postaci oprogramowania miały przejąć i przekształcić wszystkie tradycyjne i globalne gałęzie przemysłu. Już wtedy dla wielu osób nie była to wcale przepowiednia, a raczej groźba mówiąca o tym, co jest celem największych firm technologicznych. Przepowiednia być może okazała się nawet zbyt zachowawcza, bo poza oprogramowaniem kilkanaście lat później świat „pożera” również sztuczna inteligencja. 

Cyfrowa ekologia na ratunek?

Czasownik „pożera”, choć brzmi dziwnie, jest niezwykle trafny. Wszystkie usługi cyfrowe mają fizyczny wymiar: infrastrukturę, dzięki której działają, urządzenia użytkowników i użytkowniczek, dzięki którym z nich korzystamy oraz energię i zasoby naturalne potrzebne, by je produkować i zasilać. Im więcej cyfrowych usług jest dostępnych, im większa ich popularność, im więcej można na nich zarobić, tym więcej powstaje tej infrastruktury cyfrowej. Nie bez znaczenia jest również rosnąca globalna populacja, a co za tym idzie, coraz więcej osób z dostępem do sieci, które kupują coraz więcej urządzeń, aby ten dostęp wykorzystać.

O zróżnicowanych kosztach środowiskowych technologii pisaliśmy już na łamach portalu wiele razy, rozmawialiśmy o tym też z aktywistką i projektantką Joanną Murzyn. W tych materiałach znajdziesz wiele porad o tym, jak jako jednostki lub organizacje możemy ograniczać czy raczej bardziej racjonalnie i efektywnie korzystać z technologii cyfrowych, aby ograniczać koszty środowiskowe.

Coraz więcej badań wskazuje jednak na bardzo zniuansowany obraz tych kosztów i to, co na nie wpływa. Nasze indywidualne decyzje miewają inne skutki, niż oczekujemy. Mocnym tego przykładem są lokalne modele sztucznej inteligencji. Wydawałoby się, że zastąpienie narzędzia AI (np. podstawowego ChatGPT) lokalnym modelem, który działa na naszym komputerze, będzie oszczędzać energię (uruchamiamy mniej infrastruktury i nie przesyłamy nic pomiędzy „chmurami”). Jest to jednak bardziej skomplikowane. Działanie modeli LLM na dedykowanym do tego sprzęcie może być nawet 8-krotnie bardziej wydajne niż na typowych komputerach, jakich używamy prywatnie. 

Co gorsza, a o czym rozmawia się znacznie rzadziej to wykorzystanie sztucznej inteligencji (ale nie tej generatywnej) do zwiększania efektywności wydobywania surowców naturalnych i produkcji energii. Tutaj również moglibyśmy oczekiwać pozytywnych efektów (obiecywanych przez prezesów firm big tech). Tymczasem badania pokazują, że emisje te rosną, ponieważ AI umożliwia m.in. tańsze odwierty paliw kopalnych, kiedy potrzebujemy od nich odchodzić i zastępować je odnawialnymi źródłami energii. Zapewne będzie trwać to tylko jakiś czas, ale świetnie pokazuje paradoksy związane z rozwojem AI. 

Cyfrowa wstrzemięźliwość i bojkoty big-techu

Od lat coraz lepiej wiemy, jak projektować usługi oraz urządzenia cyfrowe w sposób bardziej zrównoważony, czyli taki, w którym marnują one jak najmniej zasobów, od surowców po energię. Takie działania są najpierw opłacalne dla samych firm. Przy okazji mogą także okazać się również korzystne w różnych aspektach działań dla środowiska czy klimatu np. kiedy udaje się zastąpić surowiec wymagający wydobycia takim, który pochodzi od zysku.

Początkowo to właśnie takie bardzo oszczędne projektowanie i zarządzanie usługami, aby działały optymalnie, przy jak najmniejszym zużywaniu zasobów określano terminem digital sobriety, cyfrowej wstrzemięźliwości. Obok rozwinęły się również ruchy zielonego oprogramowania (green software), którego celem jest działanie przy minimalnym zużyciu energii, czy zielonego projektowania stron i usług. 

Wraz z przyspieszeniem się cyfryzacji pojawiła się również narracja, że za koszty środowiskowe technologii mogą, czy powinni również, odpowiadać użytkownicy i użytkowniczki tych technologii. To ich (nasze) działania należy optymalizować czy redukować. W tej narracji, istotnej etycznie i ekonomicznie, gubi się niestety bardzo ważne rozróżnienie tego, kto ma faktycznie odpowiedzialność za koszty środowiskowe technologii i największy wpływ na ich skalę (producenci, nie my – użytkownicy i użytkowniczki).

Podobnie jak w przypadku innych działań proklimatycznych takich jak kalkulowanie śladu węglowego, takie przerzucenie odpowiedzialności na jednostkę jest nie tylko nieefektywne, ale również bardzo łatwo wpędza w nas poczucie beznadziei.

Czyszczenie regularnie skrzynki pocztowej czy oszczędzanie zużycia energii przez naszą prywatną stronę internetową to cenne działania dla nas, ale nieznaczące z perspektywy wpływu na środowisko i klimat. Ten wpływ wymaga znacznie więcej niż nawet suma działań wielu jednostek. Wymaga zmiany sposobu, w jaki technologie są tworzone i jak działają.

Dlatego cyfrowej ekologii potrzebujemy na poziomie polityki i regulacji prawnych, które mogą ograniczać szkodliwe działania firm, zanim trafią one na rynek.

Zaniechanie i zmiana technologii dla zdrowia i dobrostanu

Cyfrowa wstrzemięźliwość może odegrać dziś inną rolę, niż kiedy hasło to powstało w świecie oprogramowania. Możemy wykorzystać je jako narzędzie dla naszego dobrostanu i zmian społecznych.

Osoby tworzące technologie, nawet takie jak reklamy w Google, dzielą się wg. pisarza i aktywisty Cory’ego Doctorowa na dwa obozy. Tych, którzy chcą dostarczyć jak najlepszą technicznie usługę i tych, którzy nawet za cenę pogorszenia jakości usługi, chcą zarobić na niej więcej. Kiedy wygrywają Ci drudzy, zaczynają pojawiać się problemy takie jak nieoptymalne działanie usług, aby wydłużyć nasz czas przed ekranem, tzw. dark patterns (techniki manipulacji użytkownikami) czy projektowanie urządzeń tak, aby psuły się szybciej (planowane postarzanie). To wobec takich działań rosną ruchy anty big-tech, ale również mniej aktywistyczne, a coraz popularniejsze działania na rzecz odzyskiwania higieny cyfrowej. 

Powstrzymywanie się od korzystania z konkretnych usług cyfrowych czy nawet ograniczanie czasu i aktywności realizowanych z ich pomocą jest dla większości z nas bardzo trudne. Niektóre z tych usług i firm zbudowały monopole, które utrudniają nam korzystanie z alternatyw (jak aplikacje Meta). Jak opisuje to Doctorow w książce „Gównowacenie” trzymają one naszych znajomych jako zakładników. Inne są tak zintegrowane z naszym życiem i pracą, że ich ograniczanie czy zmiana nie jest możliwa ekonomicznie np. kiedy zależy od tego nasze utrzymanie. Jeśli mamy możliwość powstrzymania się od korzystania z najbardziej szkodliwych usług cyfrowych (jak algorytmicznie sterowane media społecznościowe), może być to dla nas indywidualnie bardzo jakościowa zmiana. 

Jeśli chcesz spróbować, możesz zacząć od nawet bardzo drobnych zmian. Polecam zastąpienie wyszukiwarki internetowej taką, która nie podrzuca podsumowań AI (DuckDuck Go) lub przejście na zdecentralizowane media społecznościowe, które wyświetlają treści tych osób, które chcemy, a nie które podrzuca nam algorytm (Mastodon). 

Polityczny wymiar cyfrowej wstrzemięźliwości

Wyobraźmy sobie milion osób, które przez tydzień nie używałoby Facebooka albo ChatGPT. Bezpośredni efekt energetyczny może być mniejszy, niż sugerowałaby to nam intuicja. Infrastruktura cyfrowa, czyli serwery, sieci i centra danych, nie skalują poboru energii idealnie wraz z każdym pojedynczym użytkownikiem. Ekonomia usług cyfrowych również działa inaczej i często jest oderwana od tego, ile usługi te faktycznie kosztują. Inwestorzy typu venture capital są często skłoni długo dotować nieopłacalne usługi, licząc m.in. na to, że dana firma zmonopolizuje rynek i będzie mogła podnieść ceny. 

Dopiero długotrwały bojkot czy zmiana mogłaby zmienić sytuację. Nie przez wpływ na zużycie energii, ale raczej poprzez spowodowanie, że jakaś usługa przestanie być popularna dla firmy, będzie wywoływać kontrowersje i ryzyko jej regulacji prawnej.

To oczywiście może spowodować przy okazji powstrzymanie budowy nowych centrów danych (co wiąże się z ogromnymi kosztami środowiskowymi nawet przed ich uruchomieniem), ale tego rodzaju inwestycje zwykle związane są z wieloma usługami, mogą mieć różne zastosowanie lub po prostu zostać przeniesione do innej lokalizacji.

Bojkot jest często skuteczniejszy jako mechanizm zmiany norm niż jako bezpośredni mechanizm ekonomicznego wpływu na firmy. 

2026 rok zwiastuje być może kolejną fazę ewolucji terminu cyfrowej wstrzemięźliwości. Jest nią czas regulacji firm technologicznych w celu zmniejszenia ich wpływu na nas i na nasze zdrowie. Zaczynamy od coraz częstszych kar wymierzanych takim firmom jak Meta, za świadome działanie na szkodę dzieci i nastolatków, podnoszenia wieku dostępu do mediów społecznościowych, aż po coraz częstsze dyskusje o konieczności rozbicia ich monopolistycznych pozycji. Jeśli to się uda, odpowiedzialność za to, by korzystać z usług cyfrowych, tyle ile potrzebujemy i na tyle na, ile to zdrowe, nie będzie spoczywać tylko na nas.

Czy wystarczy więc korzystać mniej? Nie, ale warto. Warto dla własnego zdrowia. Warto zmieniać normy. Koszty środowiskowe technologii będą mniejsze dopiero wtedy, gdy zmienią się zasady, według których działają firmy.

*2013 i 2017 (ale Apple otrzymywało kary za to w różnych krajach do 2020, a odszkodowania wypłacało aż do 2024 roku).

Czytaj także

SPIS TREŚCI
Udostępnij
TAGI
Editor

Kamil Śliwowski

Trener kompetencji cyfrowych. Ponad dekadę działał w ruchu na rzecz otwartych zasobów wiedzy: Creative Commons. Od kilkunastu lat związany z trzecim sektorem, współpracuje z Fundacją Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego i Szkoła z Klasą, blogiem Sektor 3.0, tworzy kursy e-learningowe i pisze newsletter poświęcony trendom i technologiom w edukacji (otwartezasoby.pl/newsletter). Najbardziej lubi uczyć się poprzez uczenie innych.
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
PRZECZYTAJ TAKŻE