Dziękujemy, że byliście z nami!

Nowy, inwigilowany świat. Cyfrowa walka z wirusem kosztem prywatności obywateli?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

20 stycznia 2020 roku USA oraz Korea Południowa odnotowały pojawienie się pierwszego pacjenta z nowym koronawirusem. Pomimo wspólnego startu każde z tych państw podążyło zupełnie inną drogą. Z całkowitą pewnością można już stwierdzić, która z nich okazała się sukcesem. W Stanach Zjednoczonych trzy miesiące później jest ponad milion osób zarażonych i 55 tys. zmarłych, w Korei Południowej niecałe 11 tys. przypadków i 243 ofiary (stan na 27.04.2020).

Kluczem do zrozumienia różnicy w koreańskim podejściu do zwalczania wirusa jest technologia. Rząd w Seulu pamiętał zmagania z innym koronawirusem o nazwie MERS (szalał po kraju niecałe dwa miesiące w połowie 2015 roku, zebrał 38 ofiar śmiertelnych) oraz przebieg epidemii SARS w wersji 1.0 w Chinach i regionie, czyli z przełomu lat 2002 i 2003.

Pierwszy SARS z Koreą odszedł się łagodnie zarażając jedynie trzy osoby i nie powodując zgonu ani jednej. Jednak MERS przetoczył się przez kraj jak burza, a Korea wówczas nie dysponowała skutecznymi środkami zaradczymi. Po epidemii w 2015 roku przyjęto w celu przeciwdziałania przyszłym zarazom ustawę dotyczącą kontroli i zapobieganiu chorobom zakaźnym (Infectious Disease Control and Prevention Act). Na jej mocy rząd jest w stanie kontrolować informacje potrzebne mu na bieżąco do walki z rozprzestrzenianiem się choroby. W przypadku obecnej epidemii oznacza to łączenie baz danych między operatorami telefonii komórkowej, służbą graniczną, opieką medyczną, bankami obsługującymi karty kredytowe oraz systemami nagrań kamer przemysłowych z każdego miejsca w kraju. Do dyspozycji służb jest każda informacja i każdy detal o położeniu konkretnego obywatela.

Jak to wygląda w praktyce, mógł sprawdzić na sobie między innymi jeden z mieszkańców Polski, który wybrał się do Korei i przyleciał do Seulu z objawami koronawirusa. Bardzo szybko osoby mieszkające w najbliższym sąsiedztwie jego hotelu oraz mogące przebywać tam, gdzie nasz rodak przemieszczał się po mieście, dostały informacje o jego aktywności danego dnia. Wiadomości rozsyłane na smartfony nie zawierały danych osobowych, ale były na tyle dokładne, by można było wiedzieć gdzie i kiedy ten człowiek był. Wiadomo było nawet, czy miał na sobie maskę czy nie. Każdy telefon znajdujący się w promieniu pięciu kilometrów od takiego potencjalnego źródła zakażenia dostaje wiadomość alarmową.

aplikacja inwigilacja koronawirus

Centrum zajmujące się namierzaniem zarażonych ma dostęp do każdej informacji. Przeczesuje się nagrania z kamer przemysłowych i na ich podstawie występuje z prośbą do banków o przesłanie dalszej aktywności na podstawie korzystania z kart kredytowych. Brzmi to jak skrzyżowanie Wielkiego Brata z powieścią szpiegowską, ale w przypadku Korei Południowej dzieje się na co dzień od wybuchu epidemii i co najważniejsze działa.

Wyłowiona przez cyber sito osoba ląduje na dwa tygodnie na kwarantannie. Rząd zapewnia jej również odpowiednie pakiety spożywczo-higieniczne. W pudełkach przywożone są maski, płyn do dezynfekcji, dania instant z makaronem, tuńczyk w puszce i termometr. Dodatkowo od 26 marca dzięki nowej elektronicznej platformie wspomagającej namierzanie obywateli każdego można odnaleźć w ciągu minuty. Poprzednio zajmowało to do jednej doby.

W Seulu mieszka ponad 20 mln osób. Trudno o jednoznaczne dane, ale to niemal dwa razy więcej niż w Nowym Jorku. Żadne z tych miast nie może pozwolić sobie na opieszałość lub błędy w walce z epidemią, jednak widać, że Nowy Jork nie poradził sobie nawet w części tak jak stolica Korei. Gdy pierwszy przypadek odkryto w styczniu w o wiele mniej licznej Kalifornii, amerykańskie władze miały etyczny problem z korzystaniem z danych, by efektywnie namierzyć zarażonego oraz tych, którzy mieli z nim kontakt. Wielokrotnie podczas tegorocznej epidemii pojawia się stwierdzenie, że kraje demokratyczne nie radzą sobie z wirusem równie sprawnie co te, w których rządzić można o wiele twardszymi metodami.

Singapur w połowie marca zdecydował się na podobny krok z wykorzystaniem technologii do walki z wirusem. Na potrzeby ministerstwa zdrowia przygotowano aplikację o nazwie TraceTogether, którą można było dobrowolnie pobrać na smartfon, uruchomić w tle, by urządzenie zbierało dane o innych użytkownikach, którzy znaleźli się w promieniu od dwóch do pięciu metrów od nas. W razie ewentualnego zarażenia się resort pobierał od nas dane o spotkanych osobach, a my nie musieliśmy przypominać sobie, z kim w ciągu ostatnich dni się widzieliśmy.

 

 

Hongkong czy Dubaj korzysta masowo z taniej siły roboczej z Filipin czy Malezji. Obywatele tych krajów przyjeżdżają za chlebem na kontrakty na budowach, jako pomoce domowe, opiekunowie do dzieci, a także personel do domów opieki dla seniorów. Obecnie Singapur notuje duży wzrost liczby zarażonych nowym koronawirusem właśnie w tej grupie. Pierwotny zachwyt nad skutecznością tamtejszych rozwiązań cyfrowych zastępuje negatywna opinia o nieodpowiednim podejściu do osób o niższym statusie społecznym.

Na analogiczne rozwiązanie co Singapur zdecydowały się Czechy. Aplikacja o nazwie eRouška została – według informacji z jednego z praskich dzienników – przygotowana na wzór singapurskiej z udziałem informatyków nie tylko z Czech, ale również z Polski i Szwajcarii. Czesi twierdzą, że jedyny dostęp do danych przechowywanych w zgodzie z RODO ma ministerstwo zdrowia.

 

 

Nad własnymi aplikacjami do wyłapywania zarażonych pracują także Niemcy, Wielka Brytania i Francja. Nie zmienia to jednak faktu, iż zachodnie społeczeństwa z dużo większym sceptycyzmem odnoszą się do ingerowania w sprawy własnej prywatności. Strach przed wirusem jest wręcz namacalny, jednak niechęć do oddawania wszystkich informacji o sobie na rzecz państwa budzi wątpliwości.

UDOSTĘPNIJ
Facebook
Twitter
LinkedIn
Email
Druk
AUTOR WPISU
TAGI
×