Dziękujemy, że byliście z nami!
wschod jest znudzony chiny

Wschód jest znudzony, czyli jak Chiny tworzą miliard nowych konsumentów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Statystyczny mieszkaniec chińskiej prowincji pracuje od 9 do 17. Nie zarabia wiele. Wszędzie ma blisko, bo takie miasta są małe. Na awans społeczny nie ma co liczyć, do wyboru jest etat w firmie rodzinnej albo w państwowym urzędzie. Jego szara i przewidywalna rzeczywistość jest jednak żyłą złota dla internetowych startupów. Wystarczy takiego klienta zdobyć, a następnie można już liczyć zyski.

Chiński startup czyta to z pozoru przewidywalne życie następująco. Stałe godziny pracy oznaczają dużo wolnego czasu, w którym trzeba się czymś zająć. Niskie zarobki wiążą się ze znikomą rozpoznawalnością marek, bo i tak mieszkaniec prowincji nie będzie mógł sobie na nie pozwolić. Kupuje się to, co jest tanie i opłacalne. W małych miastach przeważnie nie ma metra, nie spędza się tym samym czasu na dojazdach do pracy. Dla firmy IT oznacza to korzystanie z Internetu nie w drodze do domu, ale wieczorami i nocą.

Skoro kariery nie da się zrobić, nie ma chętnych na tradycyjną literaturę. Zamiast papierowych książek, czyta się formy online. Nie sprzedaje się również wiedza ani innowacje, bo ani rodzinne biznesy, ani państwowa administracja ich na prowincji nie potrzebują.

Chińska prowincja pozostaje opóźniona nawet do dwóch lat wobec głównego nurtu internetu. Do tego, z czego korzystają najbogatsi i dobrze sytuowani mieszkańcy największych miast tak zwanego pierwszego i drugiego rzędu. Ci z trzeciego, czwartego i piątego to gorszy sort, który musi zawsze na wszystko poczekać.

 

Nuda dźwignią handlu

Na czym robi się zatem pieniądze? Głównym ich dostawcą jest nuda. Trzeba czymś zabić czas, którego na chińskiej prowincji jest aż nadto. Króluje niewyszukana rozrywka, którą można porównać do naszego disco polo.

Najlepiej to rozwarstwienie widać na przykładzie rynku aplikacji do krótkich filmów video. Douyin (które my znamy jako TikTok, bo pod taką nazwą serwis działa poza Chinami) jest dla bogatych. Reklamują się na nim marki, nagrywają influencerzy, aplikacja lansuje nowe trendy w telewizji. Z Kuaishou z kolei korzysta plebs. Nagrywa głupawe filmiki, pokazuje niewybredny humor, codzienność i biedę. To dwa bieguny obecnej rzeczywistości w Chinach.

Internauci twierdzą, że z Douyin korzysta się na południu kraju, a Kuaishou króluje na północy. Żyzne ziemie południa, na których kilka razy do roku rósł ryż, od tysiącleci dawały lepsze plony niż trudne, suche grunty północy, gdzie z trudem wschodziło proso czy sorgo. Odbijało się to także na mentalności mieszkańców. Ludzie z północy musieli organizować się we wspólnoty, dbać o dobre stosunki między sobą, kodyfikować prawo, bo każdy lokalny zatarg mógł przynieść straty w i tak mizernych plonach. Jeszcze wyżej na północ zawsze czekali jacyś barbarzyńcy, którzy prędzej czy później robili najazd i siali spustoszenie. Twarda rzeczywistość kształtowała prostych ludzi o niewyszukanym poczuciu humoru. Potomkowie dawnych obrońców kraju przed dzikimi plemionami i budowniczych Wielkiego Muru nagrywają dziś na Kuaishou swoje pijackie wybryki i śmieją się z nich do rozpuku.

Na południu można było pozostać indywidualistą i samotnikiem, bo ryż i tak zawsze rósł. Niezależnie czy uprawiało się go w zgodzie czy wśród waśni. Poczucie humoru nie było już tak jednoznaczne, nie było wspólnego języka, bo też z południa nie atakował na przestrzeni wieków żaden zmuszający do wspólnoty wróg. Kiedy się ostatecznie pojawił w XIX wieku pod postacią kolonizatora z Europy, nie tylko Chiny, ale i cała Azja musiała uznać wyższość technologiczną Zachodu i pochylić głowę w milczeniu.

Pozostałością po tych czasach jest gospodarcza wyższość, pewnego rodzaju smykałka do interesów mieszkańców Południa. Północna stolica – bo to dosłownie oznacza Pekin – to ośrodek władzy, ale reszta największych i najbogatszych miast znajduje się na południu. Szanghaj oraz Guangzhou (dawny Kanton) to razem z Pekinem trzy główne filary chińskiej piramidy społecznej. W nich trzeba być i handlować, ale koszty takiej obecności są tak wysokie, że zarabia się dopiero na prowincji. Ponieważ jednym z głównych celów obecnego przywództwa komunistycznej partii Chin jest stworzenie jak największej klasy średniej, rola prowincji systematycznie rośnie

 

Tajna broń

W połowie stycznia podczas podpisywania umowy z prezydentem Donaldem Trumpem wicepremier Chin, Liu He przypomniał, że obecnie klasa średnia liczy już 400 mln osób. Do zagospodarowania czeka niecały miliard tych, który jeszcze do niej nie należą. Proces docierania do niższych warstw społecznych nazwano w Chinach  „zatapianiem konsumpcji”. Chodzi o docieranie z usługami oraz towarami do obywateli z coraz to mniejszymi dochodami, do mieszkańców terenów coraz bardziej oddalonych od centrum. O zalewanie prowincji wszystkim, co się da. Ale w umiejętny, skrojony na prowincjonalne potrzeby sposób.

60 proc. chińskich małomiasteczkowych zarabia mniej niż 3000 juanów miesięcznie (ok. 1650 zł). Na jedzenie nie wydaje się więcej niż 80 juanów dziennie (44 zł). Liczy się jednak rozrywka, prowincja chodzi do kin (40 proc. zysków w 2019 roku) i spędza czas przed smartfonami.

Siedem lat rządów przewodniczącego Xi Jinpinga zdążyło zmienić wiele. Zbiegło się w czasie z rozwojem sektora informatycznego. Chińskie startupy podbiły krajowy rynek, by następnie zacząć marsz po prymat za granicami. Skutecznie klonowano zachodnie, głównie amerykańskie serwisy oraz aplikacje, łączono ich funkcjonalności oraz dopasowywano je do specyfiki chińskiego rynku. Tempo rozwoju jest tak wielkie, że mówi się już o drugiej generacji tamtejszych gigantów IT. Chińską wielką trójkę nazywaną BAT – Baidu, wyszukiwarka na wzór Google’a; Alibaba, imperium e-handlu łączące Amazon z eBayem; Tencent mający w portfolio wszechobecny komunikator WeChat, z którego korzysta ponad miliard użytkowników oraz szereg najpopularniejszych gier online – zastępuje obecnie nowy akronim BMP. Są to odpowiednio Bytedance, twórca agregatora informacji Jinri Toutiao, obecnie najbardziej znany z Tiktok vel Douyin; Meituan Dianping, imperium dostaw jedzenia oraz Pinduoduo, platforma e-handlowa oferująca niezwykle tanie produkty.

Nowe potęgi cyfrowej sprzedaży pokazują kierunki rozwoju chińskiej gospodarki. Bytedance forsuje we wszystkich swoich produktach algorytmy sztucznej inteligencji, a właśnie AI jest kluczowym sektorem dla rządu. Według planów Pekinu do 2035 roku Chiny mają być liderem takich rozwiązań na świecie. Na platformie Pinduoduo co prawda sprzedają się najlepiej dziecięce pieluszki i papier toaletowy, ale okazyjny e-handel najlepiej oddaje istotę trendu zatapiania konsumpcji. Wreszcie zatrudniający tysiące kurierów Meituan staje się nagle jednym z największych pracodawców na chińskim rynku usług.

Te procesy nie pozostają bez wpływu na społeczeństwo. Konsumpcja staje się łatwiejsza, szybsza, coraz bardziej dostępna mobilnie. Każdemu z nowych liderów można coś zarzucić. Krótkie filmiki z Douyin mają ogłupiać młodzież, na Pinduoduo sprzedaje się coraz więcej podróbek, a w barach i kawiarniach liczba kurierów czatujących na zamówienie z Meituan czy konkurencji przewyższa normalną klientelę.

Chiny bez wątpienia rosną gospodarczo, ale wojna handlowa rozpoczęta przez prezydenta Donalda Trumpa sprawia, że trzeba określać się po jednej ze stron konfliktu. Analitycy dzielą się na dwa obozy. Ci widzący w Chinach jedynie wyzyskujący społeczeństwo socjalizm to „pogromcy smoków” (określani po angielsku jako „dragon slayers”). Z kolei zwolennicy chińskich reform to „miłośnicy pand” („panda huggers”). Nie sposób nie wspomnieć o tym, iż taki podział nie jest ani specjalnie uzasadniony, ani potrzebny. Tworzy sztuczne podziały i animozje podsycane przez wzajemnie zwalczające się obozy. Wśród tych pozytywnie nastawionych do obecnych Chin pojawiają się porównania do USA z lat 50. XX wieku. Chińczycy, podobnie jak Amerykanie po II wojnie światowej, z dumą patrzą na rozwój swojego kraju i są pełni optymizmu odnośnie przyszłości.

Zatapianie konsumpcji ma stać się dla Pekinu nową bronią w coraz bardziej nieprzewidywalnych czasach. Nowy miliard konsumentów i prężnie działający wewnętrzny rynek sprawi, że kraj nie będzie tak łatwo podatny na zawirowania wynikające z wojny handlowej z USA czy geopolityczne problemy.

Czytaj także: Światowy kryzys to idealna okazja dla chińskich serwisów społecznościowych


 

Łysy, gruby i pryszczaty – nowy człowiek sukcesu

W Chinach bez wątpienia żyje się z każdym rokiem lepiej, jednak podnoszenie jakości życia ma swoją cenę. W połowie 2019 roku chińscy internauci zaczęli komentować zjawisko określane „badao zhongcai”, które możemy tłumaczyć na polski jako „kierownicze przechwałki”. Ilustracją do niego stał się aktor Yang Shuo grający w popularnym serialu „Z biegiem rzeki” (chiński tytuł „大江大河”, „dajiang dahe”, oznaczający dosłownie rzekę Jangcy i Żółtą tłumaczono na angielski „Like a Flowing River”). Przystojny i wysportowany Yang grający człowieka sukcesu reformujących się gospodarczo Chin stał się obiektem drwin w sieci. Twierdzono, że obraz kreowany w telewizji ma się nijak do rzeczywistości.

Wang Li, jeden z dyrektorów popularnej aplikacji randkowej Momo (wyceniana na 7 mld dolarów) zamieścił w odpowiedzi własne zdjęcie. Sfotografował się w zwykłym szarym podkoszulku, szortach i klapkach. Napisał, że łysieje, bo musi dbać o wyniki firmy. Że w jego spojrzeniu nie ma żadnych iskier zapału, bo spędza zbyt dużo godzin w pracy. Że ze stresu tyje i robią mu się pryszcze. A zmęczenie dodatkowo odbija się na coraz bardziej zgarbionych plecach. Wang podkreślił, że ubiera się w najtańsze rzeczy, bo tak właśnie wygląda ktoś, kto przejmuje się robieniem biznesu. Zaapelował do scenarzystów, żeby przestali wmawiać ludziom, że jest inaczej. Na potwierdzenie tych słów internauci szybko odnaleźli starsze zdjęcia Wanga, z czasu gdy rozpoczynał współpracę z Momo. Był wówczas chudy i zadbany.

Chiński sen o sukcesie wymaga prawdziwego poświęcenia. Niezależnie czy śni się go w pojedynkę czy pod dyktando wytycznych władzy. Konkurencja w blisko półtoramiliardowym społeczeństwie jest ogromna i zawsze czuje się na plecach oddech tysięcy konkurentów.

Na początku 2019 roku w chińskiej sieci pojawiły się pierwsze wpisy opisujące zjawisko 996, pracę od 9 rano do 9 wieczorem przez sześć dni w tygodniu. Założono specjalne forum nazwane 996.ICU – od angielskiego skrótu Intensive Care Unit oznaczającego oddział intensywnej opieki medycznej. Wszechobecne w chińskich firmach nadgodziny są sprzeczne z prawem pracy. Zgodnie z kodeksem można pracować 44 godziny na tydzień, jednak model 996 przekracza normę o 60 proc. i w praktyce prowadzi do skrajnego przemęczenia.

Internauci poczuli się zszokowani, gdy pracy w trybie 996 zaczął bronić Jack M a, założyciel wspomnianej Alibaby. Ma to guru chińskiego IT, chiński self-made man, ktory dzięki własnemu uporowi zbudował imperium w całkowicie nowej gałęzi biznesu. Słowa o tym, że „996 to prawdziwe błogosławieństwo, którym nie dysponuje wiele innych firm” oraz, że „jego przedsiębiorstwo nie potrzebuje ludzi niegotowych na 12-godzinny dzień pracy” wywołały burzę. Sprawą zainteresował się rząd, ale kilka miesięcy później pojawiły kolejne tajemnicze ciągi cyfr opisujące ten problem.

Do 996 zaczęto dopisywać 985, 035, 251 oraz 404. Tak w numerologicznym skrócie miała wyglądać realna ścieżka kariery w chińskiej firmie. Żeby dostać dobrą pracę, należy skończyć jeden z 985 najlepszych uniwersytetów. Następnie wpada się w kierat nadgodzin 996. Nie trwa to długo, bo w wieku 35 lat (035 w tym ciągu) wszystko się kończy, bo najlepsze stanowiska kierownicze mają zgodnie z nowymi wytycznymi zajmować osoby młode. Jeżeli ktoś zgłasza jakieś wątpliwości i chce się z pracodawcą procesować, trafia na 251 dni do aresztu. Sprawy nie można w sieci komentować, a próby znalezienia informacji na taki temat kierują do nieistniejących w internecie stron (dla informatyków to tzw. kod 404).

404

251 dni w areszcie spędził od stycznia do sierpnia 2019 roku Li Hongyuan. Domagał się odszkodowania od Huawei za zwolnienie na podstawie niejasnych powodów po 13 latach pracy. Trafił na osiem miesięcy za kratki, następnie wypuszczono go z braku dowodów winy. Li twierdzi, że problemy zaczęły się, kiedy upomniał się o pieniądze za wypowiedzenie po… skończeniu 35 lat.

Aresztowanie Li to rzadka wizerunkowa wpadka Huawei, który w Chinach ma nieposzlakowaną opinię. Niezależnie od oskarżeń o szpiegostwo na rzecz władz w Pekinie, które pod adresem koncernu powtarzają Amerykanie, którym wtóruje coraz więcej krajów, dla Chińczyków Huawei to przykład sukcesu nie tylko chińskiej myśli technicznej, ale przede wszystkim niezłomności chińskiego ducha.

Niezależnie od tego, kto nie podpisze się w obronie wyzysku pracowników i który z ulubionych przez władzę koncernów nie złamie zasad, klasa średnia w Chinach będzie rosła w siłę. Jej potencjał pozostaje trudny do określenia, ale Pekin z dumą walczy o stworzenie dla obywateli warunków większego dobrobytu. Postęp na taką skalę wymaga ofiar, a w przypadku tempa rozwoju w Chinach można śmiało mówić o eksperymencie na żywym, społecznym organizmie.

 

Każdy śni po swojemu

Chińskie władze starają się o swoim postępie opowiadać na każdej możliwej płaszczyźnie, jednak paradoksalnie najbardziej skutecznym orędownikiem tamtejszej kultury stał się pewien 34-latek. Nazywa się Liu Shichao, ale w internecie występuje jako „Hebei Pangzai”, grubasek z prowincji Hebei. Od sierpnia 2019 roku zyskał na Twitterze 144 tysięcy fanów, z którymi skutecznie konwersuje po angielsku przy użyciu tłumacza Google.

Liu nie gra w filmach, ani nie śpiewa w boysbandzie. Ludzie pokochali go za filmiki, na których pije piwo na czas, miesza rozmaite alkohole, pokazuje, jak otworzyć butelkę pałeczkami, czy odpalić papierosa od płonącego alkoholu… na palcu. Na logikę powinien być zaprzeczeniem tego, co chce promować Pekin, ale nawet państwowe media musiały uznać światową popularność samozwańczego video blogera. Z wizytą u niego pojawili się reporterzy „Global Times”, angielskojęzycznego dziennika uznawanego za rządowy tabloid. Przed kamerami Liu przyznał, że alkohol jest wśród jego znajomych bardzo ważny i że niektórzy z nich lubią się upijać, żeby odrywać od rzeczywistości. Opowiedział, jak na fali popularności na Twitterze, musiał zablokować dostęp do konta przed swoją żoną. Miała mu za złe, że spędza czas w internecie i nagrywa swoje pijackie wyczyny.

Zagraniczni internauci polubili „Grubaska” za jego szczerość. Nazywają go King czyli „król”. W odróżnieniu od chińskich komentatorów nie opowiada o etosie pracy, robotyzacji, skutkach wojny handlowej, ale o tym, jak ważna jest dla niego rodzina. Nagrywa zabawy na śniegu z żoną i synem. Jednak zanim zyskał fanów z zagranicy, Liu zgromadził 400 tys. fanów w aplikacji… Kuaishou.

„Grubasek z Hebei” jest doskonałym przykładem na to, że w myśl tego zjawiska obecnie popularność w Chinach może odnieść każdy. Rozwijane równolegle aplikacje oparte na algorytmach sztucznej inteligencji, których popularność windowana jest za pośrednictwem celebrytów (główna siła napędowa Douyin) są nastawione na tworzenie hitów. Kuaishou i jego zwykli fani pokazują życie, jakim naprawdę jest.

Coraz bardziej doceniana jest w Chinach zwyczajność. W pierwszej połowie 2018 roku Chińczycy oszaleli na punkcie Wang Ju, 25-letniej uczestniczki talent show „Produce 101”. Szukano w nim gwiazd do nowego girlsbandu. Dziewczyna nie była ani młoda w kategorii tego rodzaju zespołów, ani utalentowana, ani ładna w rozumieniu chińskiej estetyki. Wśród wysokich i ultraszczupłych konkurentek odstawała wzrostem 165 cm i wagą 60 kg. Jej skóra była zdecydowanie ciemniejsza od tej z reklam wybielających kosmetyków. Makijaż rzucał się w oczy i daleko mu było do tego zalecanego w szkole kobiet nowej ery. Obwieszona biżuterią Wang nie kryła, że źle tańczy i śpiewa. Nie wstydziła się swoich braków – Połknęłam standardy razem z opakowaniem. Teraz macie wreszcie szanse przedefiniować czołowy chiński girls band – zwróciła się w jednym z odcinków do widzów odnosząc się do tego, że o mały włos nie odpadła w jednym z pierwszym odcinków.

Jeżeli ktoś chciałby więcej historii zwykłych Chińczyków spisywanych na podstawie obserwacji zagranicznych korespondentów, to do dyspozycji ma wiele ciekawych książek. Życie sprzed wybuchu internetowej gorączki spisywał w swoich reportażach Peter Hessler (m.in. „Kości wróżebne” oraz nieprzetłumaczone jeszcze na polski „River Town”). Marzenia tych młodszych, z nowego pokolenia spędzającego czas nad ekranami smartfonów przedstawiał Evan Osnos (” Czas ambicji. Pogoń za fortuną, prawdą i wiarą w nowych Chinach” dostępne również tylko w oryginale „Age of Ambition: Chasing Fortune, Truth, and Faith in the New China”). Doświadczenia mieszkańców jednej z głównych arterii Szanghaju zebrał na przestrzeni lat Rob Schmitz („Ulica wiecznej szczęśliwości”). Wszyscy zgodnie przyznają, że choć chińska władza forsuje jeden model „chińskiego snu”, każdy z obywateli śni go po swojemu.

Po chińsku „Chinese Dream” to „zhongguo meng”. Termin pod koniec pierwszej dekady XXI wieku stworzył emerytowany pułkownik chińskiej armii Liu Mingfu. W książce zatytułowanej „Chiński sen: myślenie mocarstwowe oraz pozycjonowanie strategiczne Chin w erze post-amerykańskiej” wskazał konieczność przejścia na nowy sposób myślenia, dzięki któremu uda się wyprzedzić głównego rywala, dotychczasowego lidera globu, czyli Stany Zjednoczone. Profesor Bogdan Góralczyk, sinolog, dyplomata, były ambasador RP w krajach Azji Południowowschodniej, obecnie dyrektor Centrum Europejskiego UW podkreśla, że USA są przeciwnikiem numer jeden obecnym w każdej analizie strategicznej nowoczesnych Chin. Zdaniem profesora Rosji poświęca się około pięciu procent takich planów, Indiom około jednego procenta, a pozostała część poświęcona jest zawsze temu, jak wyprzedzić Stany Zjednoczone.

Poza tym, zanim Chiny zaczęły budować własną potęgę, świat znał American Dream, sen o sukcesie po amerykańsku. Tam, gdzie pucybut mógł zostać milionerem. Gdzie wystarczyły chęci i samozaparcie. Dziś trudno o lepszy obraz starcia Zachodu ze Wschodem niż właśnie na polu marzeń. Chiński sen konkuruje o prymat ze swoim starszym bratem, ale tak naprawdę na marzenia nie powinno się w ogóle walczyć.

UDOSTĘPNIJ
Facebook
Twitter
LinkedIn
Email
Druk
AUTOR WPISU
TAGI
×